S. pojechał do Indonezji, do swojej przyjaciółki. Poznał ją ponad dwa lata temu przez Internet i od tego czasu rozmawiał z nią na Skype niemal codziennie, często po kilka godzin, twierdząc, że z żadną dziewczyną w Polsce oprócz zuej i dominującej mnie nie da się tak porozmawiać. Kupowałam raz dla F. koszulkę w polskich barwach narodowych, innym razem dostałam mydło z Indonezji. Ale byłam mocno sceptyczna i niepewna, czy F. zaakceptuje S. w realu, z całym jego ekscentryzmem i bagażem doświadczeń.
Dzisiaj dostałam maila ze zdjęciem S. i F. robiących głupie miny w maseczkach gdzieś na wyspie leżącej ponad dziesięć tysięcy kilometrów stąd.
S. powiedział mi przed wyjazdem, gdy rozmawialiśmy o czymś bardzo trudnym: "Nie bój się. Rób to, co czujesz. Jeśli coś może sprawić, że będziesz szczęśliwa, to ja zawsze będę to popierać. Nieważne, co inni będą pierdolić".
piątek, 18 grudnia 2015
sobota, 12 grudnia 2015
31. o wsparciu emocjonalnym i jego braku
W okresie studiów tylko raz otworzyłam się przed całkowicie nową osobą na tyle, by się z nią zaprzyjaźnić. Kilka razy czułam chęć, by zbliżyć się do którejś z koleżanek, ale nie zdołałam żadnej zaufać aż tak, by powiedzieć im istotne rzeczy o sobie, te najbardziej utrudniające mi funkcjonowanie w codziennym życiu. Zresztą, nie żałuję, bo z czasem okazywało się, że żadnej z nich na mnie jako osobie nie zależało, tylko na wzajemnej pomocy w studiowaniu - pożyczaniu notatek, wspólnym tworzeniu projektów i tym podobnych. Być może byłabym lubiana, gdybym, oprócz uczciwych form pomocy, dawała ściągać na egzaminach. Ale raczej nie byłabym lubiana także wtedy, ponieważ jestem freakiem. A jedyna koleżanka, którą naprawdę polubiłam całym serduchem, i to w dwa miesiące, poszła do zakonu w stolicy.
Ostatnie dwa lata przyniosły coś na kształt przełomu. Pierwszy raz od siedmiu lat zaczęłam rozmawiać na większą skalę, to znaczy regularnie, z ludźmi poznanymi w Internecie. Spotkałam się też z nimi w realu. Tak, jak za starych, dobrych czasów gimnazjalno-licealnych. I wprawdzie z moimi nadgarstkami jest dużo gorzej, ale poznałam troje ludzi, którym zaufałam. Odliczając byłego, którego mimo wszystko nienawidzić nie potrafię, na dłużej zostali P. i W. - P. poznałam, gdy zgłosiła się do moich badań do pracy dyplomowej, a W. na Fejsbuku.
Ponieważ rozchorowałam się i spędziłam kilka dni w domu, miałam trochę czasu, by przemyśleć różne kwestie, którego na co dzień może i też mi nie brakuje, ale znaczna część tego czasu upływa mi na dochodzeniu do siebie po pracy i walce ze stresem. Teraz więc skorzystałam bardzo chętnie z odrobiny luzu i owe kwestie przemyślałam.
Jedną z nich była kwestia P. i W., albo - jak kto woli - W. i P., bo kolejność nie ma w tym przypadku znaczenia. Otóż w mijającym roku nikt - dosłownie: nikt - oprócz rodziców nie udzielił mi tyle emocjonalnego wsparcia, co ta dwójka. (Nie wliczam S., któremu w tym roku zawaliło się dotychczasowe życie, oraz N., która na miarę aktualnych możliwości wspiera mnie jak może). Przywykłam już trochę do tego, że oni po prostu są, pomimo że jeszcze niedawno ich nie było. I to są w sposób, który naprawdę czuję - troszczą się o moje samopoczucie, okazują od groma akceptacji, zawsze starają się mnie zrozumieć, są gotowi porozmawiać o każdym problemie i próbują szukać rozwiązań, a przede wszystkim na co dzień wykazują zainteresowanie moim życiem. Nie wiem, co bym zrobiła bez W. w pierwszych miesiącach pracy, ani, jak bym przetrwała problemy z byłym bez P. I poczułam wstyd, bo ile razy było tak, że zignorowałam wiadomość od P., będąc zmęczona, albo paplałam o sobie i nie dałam W. dojść do głosu. I pomyślałam, że jednym z najważniejszych postanowień - nie tyle na nowy rok, ile od zaraz - jest podziękować za wszystko, co dla mnie robią, i od teraz bardziej dawać im odczuć, że mi na nich zależy. (Nie wiem, w jakim stopniu to wiedzą, ale ponieważ ludzie zwykle mi mówią, że ich zaniedbuję, pewnie w zbyt małym. Nigdy nie umiem tego wypośrodkować: zwykle albo się narzucam osobom, które są dla mnie ważne, albo poświęcam im za mało czasu).
Po drugie, uświadomiłam sobie, dlaczego od dłuższego czasu nie jestem usatysfakcjonowana ani nawet zadowolona z relacji z J., dlaczego tyle mnie w spotkaniach z nim denerwuje i czuję żal, choć jeszcze rok temu nie czułam. Najprawdopodobniej sprawił to kontrast.
W. i P. są osobami nieneurotypowymi, jeśli wierzyć wszelkim oznakom na Ziemi i niebie, a także diagnozom i autodiagnozom. Osoby nieneurotypowe uchodzą często za pozbawione empatii, oschłe, zimne emocjonalne i tak dalej. A jednak W. oraz P. robią w stosunku do drugiej osoby wszystko to, czego J. nie robi, a co usprawiedliwiałam zawsze jego nieneurotypowością: wszystko wymienione dwa akapity wyżej, co buduje emocjonalną bliskość i sprawia, że druga osoba nie czuje się osamotniona, ale czuje czyjąś obecność w swoim życiu. Przykładowo, J. prawie nigdy nie interesuje się wydarzeniami z mojego życia: nie pyta, jak było na egzaminie, jak się ma moje choróbsko i tak dalej. I problem nie tkwi w tym, że wymagam od niego rzeczy, o których on nie wie lub których nie rozumie, ponieważ wielokrotnie w jasny sposób informowałam go o tym, ile wsparcie emocjonalne dla mnie znaczy i co przez to pojęcie konkretnie rozumiem (ja, nie inni), napisałam nawet cały poradnik na ten temat specjalnie dla niego, cholernie dokładny, precyzyjny co do słowa poradnik z wykresami, a on raz go przeczytał i nie wziął go sobie wcale do serca. I tak, o tym, że zgubił mój poradnik i że mogę mu w każdej chwili dać kopię, też rozmawiałam. I w ogóle rozmawiałam od cholery, tylko że nic to nie dało: najpóźniej po dwóch dniach od rozmowy znowu było tak, jak przed nią.
Półtorej roku temu było tak samo i pół roku temu też, z jedną różnicą: zawsze powtarzałam sobie, że on widocznie inaczej nie umie. Nie znałam osobiście innych nieneurotypowych dorosłych, ponieważ zaś moi neurotypowi przyjaciele często mieli do mnie żal, że ich zaniedbuję, choć w moim odczuciu wszystko było OK, a ponadto mój były też mnie nie rozumiał, tak to sobie tłumaczyłam: że nie mogę J. za to winić. Teraz widzę, że we wsparciu emocjonalnym wcale nie o to chodzi, żeby dużo umieć czy wszystko rozumieć, tylko o to, żeby chcieć i starać się rozumieć, w czym ZA nie przeszkadza. I nawet jeśli coś po drodze nie wyjdzie, i tak się wie, że druga osoba próbowała. A J. nie chce i nie stara się mnie rozumieć, ponieważ nie czuje takiej potrzeby. Bo ja i tak jestem, to po co się starać.
W gruncie rzeczy jest to dla mnie bardzo przykre odkrycie. Jeszcze bardziej przykre jest to, że powinnam coś z nim zrobić.
Po trzecie, czytałam książkę o wojnie. Książki o wojnie czytam rzadko, gdyż oddziałują mi na wyobraźnię w sposób, który mi szkodzi, czasem jednak czytam, podobnie jak czasem czytam o ataku na WTC albo paskudnych morderstwach. A to dlatego, że później wszystko wydaje mi się inne, bardziej rzeczywiste: kolory, smaki, faktury. Tym razem książka była o I wojnie światowej, ale mniejsza o to, tytuł również nie jest ważny. Pierwszego dnia byłam spokojna, drugiego podziałało i po trzydziestu stronach rozpłakałam się. Siedziałam w fotelu o drugiej w nocy, wycierałam swoją gębę i nie myślałam o niczym mądrym, tylko o tym, że niczego w tej chwili tak bardzo nie chcę, jak wybiec z domu i pójść w stronę kryjówki, położyć się gdziekolwiek na trawie, mieć dookoła rośliny, owady i gwiazdy, i leżeć tak w ciszy, i czuć tylko to, że w ogóle czuję.
środa, 9 grudnia 2015
30. kosmitowo
Pomimo że lat mam już ponad dwadzieścia, nadal w wielu sytuacjach nie rozumiem swoich własnych emocji (pytanie: jak wobec tego mam rozumieć cudze?). Na przykład teraz.
J. znalazł pracę. Powinnam chyba być szczęśliwa, o ile nie nieziemsko szczęśliwa, bo przecież przez ponad rok nieustannie się tym martwiłam, rozmawiałam o tym, pomagałam pisać maile i listy motywacyjne, układałam instrukcje, uciekałam się do wszelkich możliwych argumentów, zasięgałam rady, dyskutowałam, przekonywałam, tłumaczyłam, perorowałam... - i udało się.
Powinnam przynajmniej bardzo się cieszyć.
A ja nic nie czuję. Nic. Pustka. I im bardziej się nad tym zastanawiam, tym bardziej jestem pewna, że nie odczuwam żadnego drgnienia nastroju w sobie.
Owszem, wiem, co powinnam czuć i dlaczego, umiem wymienić kilkanaście argumentów przemawiających za tym, że jest to zmiana niesłychanie pozytywna. I wiem mniej więcej, jak powinnam to okazywać. Dlatego, gdy inni entuzjastycznie reagują, śmieją się i mnie poklepują, odpowiadam, że tak, też się cieszę, uśmiecham się i tak dalej.
Ale na poziomie emocji dalej nic nie odczuwam. I to mnie niepokoi.
(Czy jestem kosmitą?)
A kiedy przypominam sobie, w jakich sytuacjach byłam/jestem ostatnio szczęśliwa, niepokoi mnie to już na całego.
poniedziałek, 30 listopada 2015
29. zabawna rozmowa
- Wiesz, że ci zazdroszczę?
- Ty? Czego?
- Tego, że gdyby tylko ktoś spróbował cię skrzywdzić, byłby naprawdę biedny. Bo masz doskonałych strategów dookoła siebie.
- ?
- No, ci twoi koledzy. Oni są genialnymi strategami, widać to na co dzień. A poza tym jestem pewna, że co najmniej dwóch, jeśli nie trzech, chciałoby z tobą być lub przynajmniej spróbować z tobą być.
- X., co ty znowu za głupoty wygadujesz? Gdyby ktoś chciał mnie poderwać, już dawno by spróbował.
- Właśnie nie. Właśnie to dowodzi, że to są ludzie bardzo, bardzo inteligentni i myślący strategicznie. Nie jacyś tam chłoptasie, których po prostu swędzi. Oni już wiedzą, że ty nie lubisz, gdy ktoś nie gra fair play, niektórzy przekonali się na własnej skórze, że to prowadzi do klęski. Dlatego po prostu są obok. Budują swoją pozycję, wspierają, udowadniają, że w różnych sytuacjach można na nich liczyć. Ale jakby co, to wiesz... oni się zbroją.
- Ta. Będą włazić drzwiami i oknami, żeby mnie prosić o rękę... Przyznaj się, co dzisiaj piłaś.
- Nie, właśnie nie byłoby nagłych ruchów, tylko dobra strategia, mówię ci. I dlatego nie zazdrościłabym temu, kto spróbowałby zrobić ci krzywdę. Bo to są tacy ludzie, którzy naprawdę myślą, a myślenie jest cholernie groźne na wojnie.
- Dobra, ale ty już nie pij, naprawdę.
niedziela, 29 listopada 2015
28. kalejdoskop
Pamiętam, jak któregoś z licznych dni, gdy męczył mnie katar, babcia wręczyła czteroletniej mnie lusterko i poinstruowała, jak puszczać zajączki na suficie. Lusterko było małe, kwadratowe; później dostałam większe, w błękitnej ramce, okrągłe. Uwielbiałam zajączki.
Pamiętam, jak Włóczykij przyjechał do nas na dwa tygodnie po swoich egzaminach maturalnych i opowiadał mi fascynujące rzeczy: o planetach, o Egipcie, o minerałach. A najbardziej pamiętam, jak przysunął moje białe krzesełko do okna i postawił mnie na tym krzesełku, żeby pokazać mi ptaki za oknem.
Pamiętam, jak mama po raz pierwszy zabrała mnie do biblioteki w starym dworku. Miałam wtedy może pięć lat i od dłuższego czasu potrafiłam sama czytać. Kiedy weszłam do tego ogromnego (przynajmniej w oczach dziecka) budynku, zbudowanego kilkaset lat wcześniej, oszołomił mnie zapach - było to piękne miejsce z duszą, więc zachwycało mnie tam wszystko, od krętych schotów, nakazujących stawiać wysokie kroki, po kamienne płyty pod nogami, ale właśnie zapach zrobił na mnie największe wrażenie. I kocham zapachy starych budynków do dziś.
Pamiętam, jak Wigilia wydawała mi się być najbardziej magicznym dniem w roku. Magiczne były już przygotowania, które zaczynały się wiele dni wcześniej. Wałkowałam ciasto i (kiedy mama już po mnie poprawiła) wycinałam foremkami pierniczki, kleiłam łańcuchy z babcią, wypisywałam pocztówki (odkąd nauczyłam się pisać - dokładnie nie wiem, ale w wieku 5-6 lat już na pewno), odpakowywałam zawinięte w gazety figurki z szopki, asystowałam przy otwieraniu ogromnej paczki od krewnych mieszkających za granicą, biegałam po pokoju z cudownie pachnącym starymi kłębkami wełny lisem wokół szyi... A po kolacji wigilijnej babcia zabierała mnie do mojego pokoju, zamykała drzwi i mówiła, że czas poczekać, aż aniołki przyniosą prezenty. Czuwałam przy drzwiach, przyciskając ucho do białego drewna: szeleści! Jeszcze szeleści!
Pamiętam, jak mama pokazała mi slajdy z czasów swojej młodości. Same fotografie były niezbyt zajmujące: jakiś węgierski targ, rozmazane skały w dawnej Jugosławii, a poza tym mnóstwo żaglówek, motorówek, ludzi w kąpielówkach i takich tam. Ale urządzenie mnie zafascynowało. Włączałam i wyłączałam przycisk, zastanawiając się, jak toto działa. Pstryk! - i jest ciotka D., przyjaciółka mamy, jako dwudziestolatka w bikini, wcinająca konserwę na łodzi. Pstryk! - i nie ma ciotki. Odwróciłam projektor do góry nogami, szukając miejsca, gdzie wkłada się baterie. A tam zonk. Żadnych baterii nie było.
Pamiętam, jak o godzinie szesnastej w niedziele, gdy mama wychodziła do kościoła, oglądałam z ojcem "Ulicę Sezamkową" albo odpytywaliśmy się ze stolic państw Europy. Tata nigdy mnie nie zmuszał, żebym się czegoś nauczyła: powiedział tylko, że jest ciekawy, czy potrafię zapamiętać stolice. Potrafiłam.
Pamiętam, jak mama postanowiła zrobić z dużego, tekturowego pudła kuferek na rodzinne fotografie. Wycinałyśmy kwadraty z kolorowego papieru i oklejałyśmy nimi pudło. To była magia w czystej postaci.
Pamiętam, jak siedziałam w trawie i patrzyłam, jak Włóczykij rozbija namiot w naszym ogrodzie.
Pamiętam, jak w jesienne i zimowe dni, kiedy zaskakiwały nas przerwy w dostawie energii elektrycznej, rodzice nauczyli mnie bawić się w teatr cieni. Na stole zawsze stała świeca w porcelanowym kubeczku w kwiaty, a atmosfera była niesamowita, jakby wszystkie cienie z całego świata gromadziły się w jednym pokoju, otaczając małą, białą świeczkę, broniącą dostępu do czegoś nienazwanego.
Pamiętam, jak mama pokazała mi, jak przy pomocy kawałka świecy rysować "niewidzialne" rysunki, które później odczarowywała czernią.
Pamiętam, jak oglądałam z tatą zaćmienie Słońca przez szybkę, a później włączyłam telewizję i przeskakiwałam z kanału na kanał, szczerze zdumiona, że w różnych państwach świata ludzie oglądają to samo zaćmienie i ekscytują się. Nagrałam to na wideo.
Pamiętam, jak Włóczykij przyjechał na weekend, aby wytapetować mój pokój na niebiesko, i zastał mnie siedzącą z miną człowieka śmiertelnie znudzonego nad zeszytem do historii. W poniedziałek miałam mieć sprawdzian z całego działu o renesansie. W zeszycie było niewiele, a podręcznik mnie usypiał.
- Zostaw to, Młoda - rozkazał Włóczykij - ale już. Opowiem ci wszystko, co wiem ciekawego o renesansie.
- Ale przecież chciałeś tapetować!
- Właśnie taki mam zamiar, jedno drugiego nie wyklucza.
I Włóczykij stał na drabinie i zrywał stare tapety, opowiadając mi o mecenacie we Florencji, a ja siedziałam na podłodze szczęśliwa w stu procentach i brudna w sześćdziesięciu.
Pamiętam dzieciństwo lepiej niż niejedno, co wydarzyło się później - na przykład pierwszą szkołę, w której dokuczano mi najbardziej, pamiętam jak za mgłą, jakby coś we mnie zadziałało, żeby ją w jak największym stopniu wyprzeć z pamięci. Z dzieciństwa pamiętam prawie wszystko, czego doświadczałam, i każdemu z tych prostych wspomnień towarzyszą intensywnie przeżywane emocje. Często te wspomnienia i emocje do mnie wracają w nieoczekiwanych momentach, pod wpływem jakiegoś nagłego skojarzenia, i wiem, że inni ludzie nie lubią tych chwil, bo wtedy przystaję, zamyślam się, zagapiam w przestrzeń i nie koncentruję się na tym, co do mnie mówią. Wracam też do nich celowo, gdy jest mi źle.
Najpiękniejszy czas w moim życiu... czas, gdy nie znałam ludzkiej podłości, chamstwa, obłudy, głupoty, gdy nie czułam swojej odmienności, czułam się częścią świata dookoła i to wystarczało, żeby cieszyć się ze wszystkiego, z byle zwyczajnej czynności. Choć świat, który namacalnie znałam, ograniczał się niemal wyłącznie do domu, okolicy oraz kilku domów krewnych i znajomych rodziców, wszystko było piękne i ciekawe, a ludzie, których znałam, dużo wiedzieli i jeszcze więcej rozumieli. Nie byli i nie są to ludzie bez wad, ale chciałabym, żeby wiedzieli, jak bardzo jestem wdzięczna za to, że dorastałam właśnie wśród nich, za to, jak mnie wychowali i za to, że pozwolili mi być sobą. A przede wszystkim - że rozwinęli we mnie zainteresowanie światem i nauczyli mnie fascynować się drobnymi rzeczami. Bo to mi pomogło przetrwać, gdy ten cudowny okres w życiu się skończył i poznałam innych ludzi, którzy wielokrotnie próbowali zdeptać moją indywidualność, wepchnąć moje myśli w ramki i przekonać mnie, że jestem nikim. I ciągle pomaga mi przetrwać.
Inną sprawą jest świadomość, że prawdopodobnie już nigdy nie będę tak szczęśliwa, jak wtedy. Przez pewien czas myślałam, że będę, ale tu i teraz jestem zdania, że nie. A to dlatego, że - jak ktoś powiedział i miało to wydźwięk zdecydowanie pejoratywny - ja chcę się bawić życiem, a nie robić to, co chcą robić inni. Tak, to jest prawda: chcę się bawić. Przynajmniej w te dni, gdy po powrocie pracy i zrobieniu wszystko, co do mnie należy, będę mieć jeszcze choć trochę siły, a już na pewno w weekendy i inne wolne dni. Chcę chodzić po zmroku po krawężnikach, starając się utrzymać równowagę, cieszyć się jak dziecko z pocztówki z Kenii, szukać owadów wśród liści, zatrzymywać się, żeby popatrzeć na biedronkę na dachu bunkra, czytać "Muminki" i wałęsać się po polach. A ludzie tego nie chcą. Przynajmniej nie dorośli, dlatego dorosłość ssie. A już najbardziej nie chcą tego zainteresowani mną faceci, jak mój były, który pragnął statecznej, eleganckiej kobiety, zamierzającej z nim "bywać", albo mój obecny partner, którego mimo wszystko szanuję za bardzo, by go tu za jego podejście do życia obsmarowywać (wystarczy, że N., S. i W. nieustannie o tym słuchają). Nie chcą też kobiety - ot, wolą rozmawiać z koleżankami o serialach TV, porodach i ślubach, niż mieć dziwną znajomą, która zamiast zwykłej firanki ma na oknie węże z tektury, niespecjalnie odnajduje się w ich problemach i hoduje nietypowe zwierzątka. Oczywiście, są wyjątki, ale zaryzykuję stwierdzenie, że widzieć się z kimś takim jak ja raz na jakiś czas jest nawet ciekawie, ale mieszkać razem i znosić to wszystko na co dzień to już zupełnie inna para kaloszy.
Na szczęście to, co powiedziała X., mnie nie uraziło, ponieważ wiem, że to prawda: tak, jestem popieprzoną egoistką i chcę się bawić, sama lub z kimś, kto też chce się bawić. A to dlatego, że jest to jedyne, co sprawia, że mimo całej reszty jeszcze chce mi się żyć.
(Reality is a lovely place but I wouldn't want to live there).
(Reality is a lovely place but I wouldn't want to live there).
I niedługo, jeśli tylko uda mi się pójść do głowy po więcej odwagi i tupetu, prawdopodobnie zacznę się bawić już na całego.
sobota, 21 listopada 2015
27. zuo wcielone cz. 2
S. o mnie:
- Bałbym się mieć Ciebie tutaj. Ten wizerunek Twój to jest mylny. Ja wiem, kim jesteś. Jesteś niebezpieczna.
czwartek, 19 listopada 2015
26. zuo wcielone
Po tym, jak przez dom przetoczyła się emocjonalno-werbalna burza, tymczasowo zapanował stuprocentowy, błogi spokój - mama udaje, że rozmowy nie było, a ja udaję, że wszystko, co usłyszałam, spłynęło po mnie jak po kaczce, nie mam o nic żalu i nie czuję się winna. Ułatwia to trochę fakt, że moja mama jest naprawdę dobrym człowiekiem, a jej akceptacja wobec moich przyjaciół i znajomych zasługuje na jakiś order. Dzisiaj, na przykład, rozbroiło mnie, że mama wróciła z zakupów z dwoma słoikami miodu i wisiorkiem w kształcie naboju, i oznajmiła mi, że to upominki dla S., ponieważ je on miód niczym Kubuś Puchatek i uwielbia wojskowe ciuchy. Trochę się obawiam, że ten wisiorek może się S. nie spodobać, gdyż spodnie spodniami, a biżuteria to co innego, ale w takim przypadku po prostu sama będę łazić z nabojem na szyi i odstraszać potencjalnych absztyfikantów (zupełnie, jakby takowi istnieli). I tak moja własna matka najwyraźniej uważa, że jestem gorsza niż kałasznikow, bo ostatnio spytała, czy koleżanka, u której nocowałam, się mnie nie przestraszyła.
Ra.: I tak najbardziej bałaś się ty. Mamy.
Wczoraj przyłapałam się na myśli, że nadrzędnym celem mojego życia jest na chwilę obecną przetrwanie. Przetrwanie w dosyć żałosnym znaczeniu tego słowa, zredukowanym do walki ze stresem, lękiem oraz reakcjami mojego organizmu na stres i lęk. W większość dni robię tylko to, co konieczne w związku z pracą, po czym próbuję za wszelką cenę oderwać myśli od tego, jak się czuję, zająć czymś ciekawym ręce, nogi i myśli, by odwrócić swoją uwagę od stanów fizycznych i psychicznych, w jakie wpadam. Jeśli nawet na to nie mam siły, zwalam się na łóżko jak kłoda i śpię. W najgorsze dni mam tylko jeden cel: nie dopuścić do stanu, w jakim znalazłam się parę razy podczas studiów, wszystko, tylko nie to. A granica pomiędzy tamtym stanem a moim obecnym samopoczuciem jest bardzo cienka - wiem, że czasem stoję tak blisko drugiej strony, że jest tuż na wyciągnięcie ręki. Jeden nieopatrzny ruch może wywołać lawinę.
Ra.: Uważaj na kamyczki.
Często też budzę się i czuję, że cokolwiek bym nie zrobiła, moje i J. dni jako pary są policzone. Nie potrafię na razie tej myśli zaakceptować - chciałabym, żeby było inaczej, zresztą ogólnie w moim charakterze leży nieumiejętność poddawania się, dlatego jeszcze walczę - ale nie wszystkie problemy mogę rozwiązać sama, a z jego strony od dawna nic się nie zmienia, pomimo wielu rozmów, propozycji i prób pomocy z mojej strony. Właśnie teraz, gdy tak bardzo, jeszcze bardziej niż zwykle, potrzebuję poczucia bezpieczeństwa i stabilności w życiu, jestem pod względem emocjonalnym pozostawiona samej sobie. Jestem też coraz bardziej zmęczona czekaniem, aż coś się zmieni na lepsze.
Ra.: Wiesz, walka z całym światem, żeby coś zmienić, jest mniej wyczerpująca niż czekanie w bezsilności, aż ktoś zechce coś zmienić. A nie, przepraszam... tego nie możesz wiedzieć.
Przy okazji zapiszę inną myśl, póki pamiętam: cholernie mnie wnerwia, gdy jedyną odpowiedzią na problemy ze strony innych ludzi jest przytulanie i wyznawanie uczuć. Nigdy nie oczekuję, że druga osoba sama się domyśli, co czuję, zamiast tego dużo mówię. Uważam, że komunikacja ze mną jest niezbyt kłopotliwa, także w związku czy w przyjaźni, skoro niemal wszystko mówię i to mówię wprost. Kiedy jednak tysiące moich słów, mówionych i pisanych, wydają się w ogóle nie trafiać do adresata, który głównie potakuje, obiecuje i nadal nie robi nic w celu rozwiązania problemów, naprawdę nie rozumiem, dlaczego to ja uchodzę zawsze za tę zuą, która Bóg wie czego wymaga. Nie rozumiem też, dlaczego wielu ludzi uważa, że w sytuacji problemowej wystarczy się przytulić i po sprawie. Czasem ktoś ma do mnie pretensje, że nie lubię być dotykana; owszem, nie lubię, w większości przypadków nie czuję się komfortowo, gdy ludzie mnie dotykają, a już najbardziej nie znoszę dotykania, gdy jestem zestresowana i spięta, co ostatnio zdarza się niestety często. Kiedy tak jest, w pierwszej kolejności potrzebuję czyjejś obecności, rozmowy i przynajmniej próby znalezienia rozwiązania problemu, a nie tulenia, które nie ma wpływu na źródło problemu i może mnie "spiąć" jeszcze bardziej. Wobec osoby, z którą jestem w związku, jestem o wiele bardziej otwarta na dotyk, w niektórych sytuacjach lubię się przytulić, ale, na niebiosa, zapewnianie o wielkiej miłości to nadal nie jest panaceum na wszelkie kłopoty. I jeśli nie idzie za tym realne wsparcie, to nie działa.
Zastanawiam się, czy nie jest tak, że takie podejście do rozwiązywania problemów wpaja się ludziom od dziecka. Już małe dzieci w przedszkolu są uczone, że wystarczy podać koledze rękę i powiedzieć "przepraszam", a będzie po sprawie. Dorośli rzadko dochodzą źródeł dziecięcych konfliktów, rzadko uczą dzieci rozmawiać. I być może w ten sposób społeczeństwo daje odczuć, że rozmawiać nie ma potrzeby, a puste, bezrefleksyjne gesty i słowa sprawiają, że ma się spokój... do kolejnego "przepraszam".
Ra.: Nie mam uwag, ponieważ mnie nikt nigdy nie przytula.
Teraz inna kwestia: chyba znowu niechcący przestawiłam jakąś zakurzoną dźwignię w swojej głowie, bo jestem wszechstronnie zafascynowana pewną osobą. Może "znowu" nie jest najbardziej trafnym określeniem, skoro zdarza się to raz na kilka lat, ale przeżywam tego typu sprawy tak intensywnie, że trudno mi uwierzyć, że od poprzedniego razu minęły już dwa czy trzy lata. Wiem, obiecałam sobie, że nie będę już cierpieć z powodu żadnej fascynacji drugim człowiekiem, a znowu powielam te same schematy. Ale, co zabawne, tym razem póki co faktycznie cierpienia nie czuję, może dlatego, że ta fascynacja jest za bardzo nierealistyczna, by umieć sobie wyobrazić jej realizację. Jest też jednym wielkim paradoksem: jednocześnie zwala mnie z nóg i pomaga mi ustać na nogach. Nie umiem o tym mówić ani pisać, nie chcę zamykać takich rzeczy w języku wyświechtanych frazesów i komicznych banałów. Nawet chyba nie chcę, by ktokolwiek wiedział, włącznie z rzeczoną osobą. Chyba jest lepiej, gdy to pozostaje tylko moje. Tego rodzaju wszechstronna fascynacja, która niczego od drugiej osoby nie oczekuje, nie wyrządza nikomu krzywdy. Zresztą, nie wiem, czy jeszcze potrafię czegokolwiek od innych ludzi oczekiwać.
Ra.: Co za bzdury. Jasne, że potrafisz. Nalegam, byś w ogóle nic nie pisała na ten temat, bo gdy próbujesz pisać o takich sprawach, wychodzi to tak beznadziejnie, że martwię się o twój iloraz inteligencji. Co za tym idzie, martwię się o własny, a to już mocno niepokojące.
Tymczasem S. wyraźnie usiłuje zeswatać mnie z K., swoim najlepszym przyjacielem ze studiów, a obecnie doktorantem na wydziale, na którym sam robi doktorat. Najpierw zwabił nas na konferencję i zapoznał, później zaprosił oboje na swój wykład (ja się wymigałam) i planował wspólny wyjazd w góry (K. się wymigał), a ostatnio zamówił na mój adres polar i nakłonił kumpla, by odebrał go w jego imieniu, ponieważ tenże mieszka niedaleko. Cóż... K. jest niewątpliwie miłym człowiekiem, który bardzo wspiera mojego przyjaciela i pisze całkiem interesujące artykuły, ale jeśli chodzi o osobowość, nic mnie w nim nie kręci. Nie czuję potrzeby nawiązania z nim bliższego kontaktu; owszem, mogę posłuchać jego referatu czy trochę porozmawiać, ale nie mamy zbyt wiele wspólnego. Rozmowa szybko się urywa i nie mam zielonego pojęcia, co miałabym z nim robić w wolnym czasie. Całe szczęście, K. najwyraźniej lubi kobiece kobiety i również nie wydaje się być mną bliżej zainteresowany (uff!). Postaliśmy więc przez chwilę w deszczu, śmiejąc się z tego, że GPS zmylił K. i zaprowadził go pod inny adres, przy czym miałam wrażenie, że tak naprawdę bawi nas cała sytuacja zaaranżowanego spotkania, i rozeszliśmy się w pokoju.
No, a S. i K. w końcu wybrali się w góry. Razem. Okazało się, że gdy tylko ja przestałam wyrażać chęć udziału w owej wycieczce, po stronie K. cudownie zniknęły wszelkie dotychczasowe przeszkody. I tak oto zyskałam kolejny dowód na to, że jestem zua.
Ra.: Akurat to całkiem łatwo wytłumaczyć: źli chłopcy mnie lubią, a grzeczni chłopcy się mnie boją.
Ri.: Nie pochlebiaj sobie zanadto. Obok złego chłopca to ty nawet nie stałeś.
Ra.: Oczywiście, że stałem.
Ri.: Kiedy?
Ra.: Ostatni raz wczoraj, czyli... eee... 28 sierpnia 2387 roku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)